Koniec zazwyczaj wieńczy dzieło – recenzja książki “Przekręt” Pauliny Świst

Nakładem wydawnictwa Akurat ukazała się powieść Pauliny Świst “Przekręt”. To trzecia część historii po “Karuzeli” i “Sitwie”. 

Dla tych, którzy nie czytali poprzednich części, trudno będzie się odnaleźć. Chociaż może, po kilkunastu stronach, uda się nieco uporządkować fakty.

Wobec tego krótko przypomnę, o co chodzi. Dziesięć lat temu młodzi adwokaci Piotr Orłowski pseudonim Orzeł i Olka Tredel “rozkręcili” karuzelę podatkową. Orzeł zarobił 25 mln złotych. Niestety, nie wszystko się udało, Orzeł siedzi w więzieniu. Olka nie chce wyjechać za granicę i chce bronić przyjaciela. Ich koledzy adwokaci i prokuratorzy też postanawiają ich bronić. Jakby w międzyczasie pracują nad sprawą Sitwy oraz powiązanej z nią tajemniczej sekty. Pielgrzymki przemycające złoto to tylko wierzchołek większego przekrętu.

Teraz wszyscy spotykają się po dziesięciu latach. Orzeł nie za bardzo chce współpracować, nie chce zostać świadkiem koronnym. Jednak zawzięty prokurator Zimnicki uparcie dąży do celu. Czy ktoś wrabia Orłowskiego? Dawni przyjaciele uparcie drążą sprawę. Dwójka z nich jest nawet gotowa przeniknąć do sekty, aby być bliżej rozwiązania zagadki. Tylko, dokąd ich to zaprowadzi?

“Przekręt” to nie tylko wątek sensacyjny. Ci, którzy znają twórczość Świst wiedzą, że jakby nieodzownym elementem jej pisarstwa jest warstwa erotyczna. Tu, po lekturze, mamy wrażenie, że każdy z każdym poszedł do łóżka. Dzieje się to, być może, w myśl zasady, że “nie ma lepszego faceta od nawróconego -ujmijmy to delikatnie- bawidamka” (czy jak to mówi mój kolega prostytutkarza lub damolekkobyczajnika ;).  Cała powieść niemal kipi testosteronem. Kobiety też są bardzo wyraziste, nie dają sobie w kaszę dmuchać. Jeśli chodzi o dialogi, to są przesycone wulgarnością i zawodowym slangiem, przez co postacie wydają nam się bardziej wiarygodne.

Przeczytajcie przekręt, jeśli lubicie takie klimaty. To dobra, lekka lektura. Ale lepiej zacząć ją od pierwszej części.

 

EK