“Najbardziej boimy się tego, czego nie widać” – recenzja książki “Nie otwieraj oczu” Josha Malermana

Nie tak dawno, na Netflix, pojawił się nowy film pt. “Nie otwieraj oczu”, oparty na książce Josha Malermana “Bird Box”, która w Polsce ukazała się dopiero teraz, pod filmowym tytułem i z filmową okładką, nakładem wydawnictwa Czarna Owca. I ta właśnie, licząca 300 stron książka, trafiła w moje ręce. Przeczytanie jej zajęło mi dwa wieczory.

Historia zaczyna się w momencie, w którym Malorie przygląda się swojemu ciału w łazience. Już domyśla się, ba, jest tego pewna, że w jej brzuchu rośnie nowe życie. Niestety, pora na powoływanie na świat nowego człowieka, nie jest najlepsza. Wokół zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Ludzie pogrążają się w odmętach szaleństwa, zabijają innych i siebie, i nikt nie zna powodu tych wydarzeń. Z czasem okazuje się, że problemem jest wzrok. Ci ludzie, którzy popadają w szaleństwo, coś widzieli. Coś, czego nie potrafili ogarnąć umysłem. Zaczyna się panika. Ludzie wieszają w oknach koce, nie wychodzą na zewnątrz,

Malorie znajduje ogłoszenie w gazecie i wyrusza w niebezpieczną drogę do domu, gdzie, ma nadzieję, wciąż ktoś czeka. Na miejscu zastaje pięć osób, które, tak jak ona, szukały schronienia i trafiły pod ten sam adres. Jeszcze nie wie, że z czasem będzie musiała wyruszyć w dalszą drogę.

Cztery lata po narodzinach dzieci, Malorie decyduje się przebyć rzekę, aby dostać się w dużo bezpieczniejsze miejsce. Cała przeprawa z założenia jednak nie jest łatwa. Cała trójka musi to zrobić z zamkniętymi oczami, polegając wyłącznie na własnym słuchu. Kobieta wie, że jeden błędny ruch i mogą zginąć.

Cała książka jest podzielona na dwie części. Na wtedy i teraz. Przeplatające się rozdziały opowiadają raz o początkach, kiedy pojawiły się na świecie istoty i o życiu w domu, do którego dotarła Malorie, a raz o przeprawie przez rzekę.

Na 300 stron, pierwsze 270 było dobrych, ale – poza jednym momentem – nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Zaznaczam jednak, że jestem osobą, która wiele czytała, słyszała i widziała, więc ciężko utrzymać mnie w napięciu. Jestem jednak w stanie sobie wyobrazić, że ktoś o nieco słabszych nerwach, będzie łapał się na tym, że siedzi ze spiętymi mięśniami i czeka na rozwój wydarzeń, będzie w stanie łatwiej wczuć się w emocje bohaterów.

Sytuacja zmienia się dla mnie na 30 stron przed końcem, kiedy nagle z moich ust wyrwało się niecenzuralne słowo i poprawiłam się w fotelu. Zaczęło się dziać. Czy się tego spodziewałam? Nie do końca. Nie przewidziałam wszystkiego, dzięki czemu książka zyskała moją ponowną, zwiększoną uwagę.

Inaczej sprawa ma się z filmem. Ten zniechęcił mnie do siebie niemal od razu. Wydaje się bardzo luźno oparty na książce. Zmieniono nawet imię siostry głównej bohaterki, a idąc dalej w las, w fabułę na siłę został wciśnięty wątek romansowy i -trochę komicznie wyglądająca- poprawność. Mamy tu więc na przykład dwóch czarnoskórych mężczyzn, Azjatę, który jest gejem i kobietę przy kości. I ok, nic mi do tego, ale trochę bawi, kiedy takie rzeczy robione są jak od szablonu.

Jeśli oglądaliście film, możecie spokojnie przeczytać książkę, jeszcze wiele będzie w stanie was zaskoczyć. Czytając “Nie otwieraj oczu” widziałam mnóstwo elementów, które można by było, w zasadzie jeden do jednego, przełożyć na film. Wyobrażałam sobie, jak to genialnie zagra, jak będzie trzymać w napięciu, jak napędzi oglądającym stracha. Tego wszystkiego w filmie niestety jednak nie ma. Jeśli więc czytaliście książkę i chcieliście zobaczyć film – nie róbcie tego. 

Mówiąc o “Nie otwieraj oczu” nie sposób nie mieć skojarzeń z filmem “Cichym miejscem” Johna Krasińskiego. Mimo wielu różnic, obie produkcje opierają się na podobnym założeniu. W cichym miejscu, każdy dźwięk mógł doprowadzić do śmierci, w “Bird box” – każde spojrzenie. Oba światy, łączy także podobna wizja “postapo” i oba zmuszają do redefinicji dzieciństwa i rodzicielstwa.

W trakcie czytania “Nie otwieraj oczu”, przez cały czas, towarzyszą nam pytania, czym tak naprawdę są te istoty? Komu możemy zaufać w tym, nomen omen, szalonym świecie? Ile osób w nim przetrwało? Czym staje się macierzyństwo w obliczu świata, w którym trzeba przestrzegać rygorystycznych zasad, albo zginąć? Nie na wszystkie pytania poznamy jednoznaczną odpowiedź. Sami musimy zastanowić się nad tym, jak zachowalibyśmy się my. Możemy zrobić to, lub przyjąć książkę taką, jaką jest i delektować się jej klimatem. Pod kocem, z jedną lampką sączącą światło na strony.

 

EK