Copyright © Wszelkie prawa zastrzeżone.
Marzył o tym od dziecka. Dotarł pieszo do Santiago de Compostela po 106 dniach
Written by administrator on 07-01-2026
Ponad 4 tys. kilometrów przemierzył samotnie 23-letni Maciej Żelazny z Kaliłowa w powiecie bialskim pielgrzymując szlakiem św. Jakuba do Santiago de Compostela. Wyprawa zajęła mu ponad sto dni i jak mówi była spełnieniem jego marzeń. Dlaczego ludzie decydują się na takie wyzwanie, które niesie ze sobą wiele wyrzeczeń i nieprzewidzianych sytuacji? O tym między innymi mówi uczestnik pielgrzymki Maciej Żelazny.
Marzył o tym od dziecka
– Już od dziecka miałem taki zamiar, żeby zrobić taką wyprawę. Zawsze o niej marzyłem. Inspirowałem się podróżami Cheryl Strayed napisała również książkę na ten temat i ponad 10 lat temu wyszedł również film, a jeszcze niedawno przed wyprawą dowiedziałem się, że mój sąsiad taką samą wyprawę zrobił 7 lat temu – opowiada Maciej Żelazny.
Przez jakie kraje pan przemierzał?
– Przez 106 dni zrobiłem 4070 km. Wyszedłem z Polski do Słowacji, przez Austrię, Słowenię, Włochy i Francję i przez prawie całą Hiszpanię wszerz. Co było najtrudniejsze w tej wyprawie? Najgorzej to było w momencie, jak już zbliżałem się do włoskiego miasta Verona, to doznałem kontuzji. Ciężko było mi chodzić w tempie. Musiałem chodzić wolniej i robić częściej przerwy, to mi najbardziej przeszkadzało.
Jeśli chodzi o takie kwestie związane z noclegiem, to jak to wyglądało?
– Przeważnie zachodziłem do plebanii albo do klasztorów i zazwyczaj od razu mnie przyjmowali. Miałem taki etap, że w Bratysławie za nocleg zapłaciłem z własnej kieszeni, to od tego momentu do Montserrat w Hiszpanii nic nie płaciłem za nocleg. Czasem też spałem w ruinach, na przyczepie campingowej, dwa razy w banku nawet spałem, bo jak są te bankomaty w środku, to ta przestrzeń, gdzie jest bankomat jest otwarta.

Droga to Santiago de Compostela
– Dla większości ludzi takie wędrowanie do Santiago de Compostela to oczywiście droga związana ze względami religijnymi, ale też poszukiwaniem sensu życia, pokonywaniem własnych granic – mówi Katarzyna Piasecka, psycholog i psychoterapeuta. – Czasem to jest takie odcięcie się od codzienności i poszukiwanie po prostu nowego. Dla innych może to być taka chęć przeżycia przygody. Takie pielgrzymowanie w małej grupie, bo tak się pielgrzymuje do Santiago, czy wprost samotnie, sprawia, że mierzymy się z własnymi granicami, tymi fizycznymi, ale też psychicznymi. To pomaga w takim lepszym kontakcie z samym sobą, w rozumieniu siebie, swoich emocji, swoich potrzeb. Dla niektórych może to być taki odpoczynek od codzienności, uporządkowanie myśli, zmiana nawyków. Dla innych może to być po prostu takie wyzwanie turystyczne, korzystanie z piękna przyrody, jaką oferuje szlak, a dla jeszcze innych po prostu wyzwanie fizyczne, trasa do pokonania.
Taka wyprawa pozwala też poznać siebie dogłębnie. Czego pan dowiedział się o sobie w czasie tej wyprawy?
– Przekonałem się na pewno, że potrafię więcej niż myślę – dodaje Maciej Żelazny. – Na przykład myślałem, że tą podróż skończę dopiero w połowie stycznia, też tak przypuszczałem, bo myślałem, że będę pokonywał te 40 km, to potem zobaczyłem, że mogę pokonywać więcej. Miałem taki dzień, że w ciągu dnia pokonałem 66 km.
A czy taka samotna wędrówka nie doskwierała Panu? Nie brakowało innych osób, bliskich?
– W moim przypadku nie. Ja jestem taką osobą, która potrafi żyć samemu. Dla mnie ta wyprawa była wyzwaniem – dopowiada Maciej Żelazny.
Pielgrzymi, którzy pielgrzymują do Santiago, jakoś się wyróżniają? Chodzi mi o wygląd zewnętrzny, chodzą w jakimś specjalnym ubiorze? Czy się wyróżniają?
– Każdy ma kurtkę, podobny plecak, czy brodę, w przypadku mężczyzn, czyli jakoś się wyróżniają, to nie. Wiem, że jest coraz więcej Azjatów, właśnie dużo Azjatów spotkałem na tej drodze – dopowiada Zelazny.
Spotykał pan na swojej trasie wiele osób, które panu pomagały, ale pan w jakiś sposób też chciał im pomóc.
– Ja obiecywałem im, że pomodlę się za nich w Santiago de Compostela, jak już tam dotrę. Raz właśnie miałem sytuację, że poznałem taką Julię w Triest, czyli już przekroczyłem granicę ze Słowenią i Włochami. To było moje pierwsze miejsce we Włoszech. Za to, że mi ona dała kawałek pizzy, trochę jedzenia, ricottę i takie włoskie jedzenie, to powiedziałem, że się za nią pomodlę, zapytałem się właśnie o imię i zapisałem sobie w notatniku. I tak robiłem, i ta idea się narodziła już w Polsce, jak spędziłem u jednego z księży noc, to właśnie powiedział, że mam się pomodlić za niego i tak wpadłem na taki pomysł, że będę właśnie zapisywał sobie imiona, będę potem właśnie modlił się za nich. I obietnice zrealizowałem – tłumaczy pielgrzym z Kaliłowa.
Jak powiedział nam Maciej Żelazny na swojej trasie nie spotkał się z żadnymi niebezpiecznymi sytuacjami. Na wyprawę przeznaczył 12 tys. złotych, z czego nie wydał nawet połowy.
MaT / opr. AKos
Fot. Maciej Żelazny
Radio Freee